[x]

deviantART

 

Cholerna Bohema 002-01 by ~Luna666:iconLuna666:



Cholerna Bohema



Rozdział 2 – Więzi rodzinne...



Rodzina – każdy z nas ją ma. I bez względu na to, jak silne są więzi, które nas z nią łączą, mamy ją... Nie musimy mieć najbliższej rodziny, ale trzeba pamiętać, że gdzieś tam w świecie jest ktoś z nami spokrewniony...
Jak bardzo byśmy nie chcieli, nie pozbędziemy się rodziny... Bo jest to pierwsza komórka społeczna, z jaką mamy do czynienia. I choćbyśmy zerwali z nimi kontakt – oni w końcu dadzą o sobie znać... W taki czy inny sposób. W takich czy innych okolicznościach...

Tobi przekręcił się na kanapie, pogrzebał ręką w kieszeni, po czym wyjął z niej komórkę. Nie zdziwił go brak zasięgu, w siedzibie było tylko jedno miejsce, gdzie można było rozmawiać przez telefon, zdziwiła go za to godzina. Była prawie dziewiąta rano - myślał, że pośpi trochę dłużej... Przeciągnął się, wydając z siebie przy okazji ten charakterystyczny dla niego pisk.
Nie tylko on po przyjęciu został tu na noc... Odwrócił głowę, w stronę ściany, na której znajdował się skończony obraz Jacka Sparrowa. Jednak było to tylko obramowanie, dzieciak, który to malował nie uznawał używania kolorów, w ostateczności używał jedynie czerwieni. Pirat stał w swojej dość charakterystycznej pozie na maszcie i wpatrywał się w przestrzeń przed sobą. Wzrok czarnowłosego przesunął się niżej, na podłogę. Pod ścianą leżał skulony w kłębek nastolatek, który nocą kończył malunek. Obok niego leżała strzykawka. Brunet otworzył szeroko oczy. Więc ten gówniarz nadal... Cholera!
Boleśnie wbił paznokcie w swoje przedramię, chcąc odpędzić łzy. Wstał szybko i podszedł do nastolatka. Kucnął przy nim, położył rękę na jego chudym ramieniu i zaczął nim potrząsać. Jego wzrok kilka razy padał na strzykawkę, wtedy miał ochotę zacząć wymiotować.
- Sai... Sai... – szeptał cicho. – Sai, wstawaj! – podniósł głos. Nastolatek jednak jedynie mruknął coś pod nosem. – Wstawaj do ciężkiej cholery! – wrzasnął. Kilka łez spłynęło mu po policzkach. Nienawidził narkotyków, a jeszcze większe obrzydzenie wzbudzał w nim widok ćpuna... – Obudź się! – Jedyną reakcję był tylko kolejny jęk.
Tobi podkulił kolana pod brodę. Czuł się tak cholernie bezsilnie, gdy ten nastolatek brał narkotyki... Jego ciało zaczęło się strząść, podczas napadu płaczu. Czasami chciał, żeby ktoś strzelił mu w łeb...


***


Deidara kręcił się po kuchni. Była dziewiąta, a on nie spał od trzech godzin. Szanowny kuzynek Sira obudził go kilka minut po szóstej, robiąc straszliwy hałas w kuchni. Gdy wpadł do pomieszczenia z wrzaskiem „Czemu do ciężkiej cholery robisz taki hałas?!” usłyszał krótkie „Dzień dobry, robię sobie śniadanko...”. Kiedy blondyn zobaczył, że Sasori robi sobie na śniadanie zupkę chińską zaczął wrzeszczeć.
Właśnie w taki sposób zaczął się poranek pierwszego dnia ich znajomości – wielką awanturą, trwającą niemalże godzinę...
W końcu udało im się dojść do kompromisu – Sasori dostanie swoje śniadanie, ale dopiero koło dziewiątej, bo Dei musi zrobić zakupy, a był niedzielny poranek. Rudzielec przystał na to niechętnie, ale w zamian za czekanie miał dostać „coś, po czym już nigdy nie tknie tego chemicznego świństwa”.
Deidara wbił trzy jajka do miski, później dolał trochę mleka i wody, wymieszał wszystko i odstawił. Podszedł do lodówki i wyjął z jej wnętrza kilka warzyw.
- Ej, blondie... – usłyszał za sobą głos rudzielca. Deidara odwrócił się rozjuszony. – Pozwoliłem sobie pożyczyć ręcznik... – mruknął Sasori wskazując na kawałek materiału, który otulał jego wąską talię.
Blondyn otworzył szeroko usta,  jego policzki pokryły się szkarłatem. Szybko odwrócił głowę.
- Nie ma sprawy... – szepnął ledwo słyszalnym głosem.
Sasori prychnął.
- Zachowujesz się, jakbyś nigdy w życiu nie widział kawałka męskiego ciała...
- Odwal się... – warknął blondyn, sięgając po patelnię.
- Ej, młody! Skąd ta cała agresja! Nie musisz od razu rzucać we mnie patelnią!
Deidara spojrzał na Sasoriego z zażenowaniem.
- Chyba muszę ci na czymś usmażyć to śniadanie, un? Chociaż walnięcie cię tym może nie byłoby takim złym pomysłem... A nóż byś się wtedy przymknął, yeah...
Rudowłosy zaśmiał się bezgłośnie i wyszedł z pomieszczenia.
Blondyn zaczął kroić warzywa, najpierw cebulę, a później paprykę. Po kilku chwilach wrzucił wszystko do miski, dodał trochę przypraw i wszystko wymieszał. Podszedł do lodówki, a po chwili  wygrzebał masło i ruszył w stronę kuchenki elektrycznej, która stała w kącie.
Nagle poczuł jak coś miękkiego ociera mu się o nogę. Spojrzał w dół i uśmiechnął się ciepło.
- Kochanie, w końcu wróciłeś! – rzucił wesoło.

Sasori ubrał się w szarą koszulkę i brązowe lniane spodnie, które wydały mu się odpowiedniejsze na upalny dzień. Później rozejrzał się po pokoju... Może rzeczywiście trochę wczoraj przesadził z tym, do jakiego stanu doprowadził to mieszkanie, bądź co bądź sam uważał, że nigdzie nie może być idealnie czysto – musiał panować artystyczny nieład. Tyle, że teraz to mieszkanie wyglądało jak burdel... Ech, najwyżej posprząta tutaj później... A może nie tyle posprząta co ogarnie! Albo zostawi to tej rozhisteryzowanej blondynce...
Naprawdę nie rozumiał o co mu chodziło, co chwilę się po nim wydzierał... No dobrze, nie wrzasnął na niego kiedy wszedł w samym ręczniku, tylko zrobił się czerwony jak burak, ale przecież stwierdził, że wygląda jak nastolatek...
„Chwila...” – pomyślał podnosząc pudełko na spinki. – „Czy ja mam przez to rozumieć że ten dzieciak ma jakieś zapędy pedofilskie...? Fuj, obrzydlistwo...”
Odstawił pudełko na stolik nocny, stojący obok łóżku blondyna. Jego wzrok przesunął się na zdjęcie, które także tam stało...
Wziął ramkę do ręki. Na fotografii znajdował się Deidara, jakaś podobna do niego dziewczynka, kobieta po czterdziestce o blond włosach oraz mężczyzna na wózku inwalidzkim. Sasori bez problemu odgadł, że muszą to być rodzice blondyna i jego siostra czy też kuzynka. Spojrzał na mężczyznę na wózku. Jego twarz była szara, bez wyrazu i chociaż na zdjęciu był bezpośrednio koło swojego syna, to jednocześnie był od niego oddalony na tyle, że dało się to zauważyć. To nie mogło być przypadkowe.
Odłożył ramkę. Ten dzieciak przynajmniej miał rodziców...
Wyszedł z pokoju, a pierwsze co go uderzyło to zapachy, które dobiegały z kuchni. Wziął głęboki wdech i szybko przestał żałować, że nie zjadł zupki na śniadanie, aromat był niesamowity. Jednocześnie jego żołądek przypomniał sobie, że nie jadł rano śniadania. Miał szczerą nadzieję, że blondyn już kończy posiłek. W końcu zdecydowany ruszył w stronę kuchni.
- Kochanie, w końcu wróciłeś! – usłyszał wesolutki głos Deidary.
„Kochanie? Co do... On kogoś ma?!” – pomyślał. – „A może to było do mnie?!”
Wsunął głowę do pomieszczenia. Ku swojemu zaskoczeniu zobaczył Deidarę, który trzymał na rękach dużego kota. Zwierzak był cały czarny, tylko uszka były koloru beżowego, zaś łapki wyglądały, jakby ktoś założył mu białe skarpetki. Kot mruczał zadowolony, gdy jego pan drapał go za uchem.
- Miło, że pan w końcu wrócił, panie Mozi! – rzucił wesoło blondyn. – Poczekaj chwilę, a dam ci coś do jedzenia! – powiedział i postawił kota na ziemi. Zwierzak zaczął się kręcić wokół jego nóg, łasząc się i mrucząc głośno. – Mozi! Przeszkadzasz! Najpierw zrobię śniadanie sobie i temu rudemu bubkowi, a później tobie! – powiedział z wyrzutem. – Bo widzisz, Mozi, od dzisiaj mieszka z nami taki niewychowany rudzielec!
„Bubek? Niewychowany rudzielec? Och, chyba go trzepnę...” – pomyślał Sasori.
Tymczasem kot przepchnął pod nóżki swojego pana miskę, usiadł przy nim i zaczął głośno miauczeć
- Mozi! To takie słodkie! Ty wiesz jak prosić o jedzonko, yeah! – zawołał radośnie pochylając się nad kotem i gładząc jego głowę.
- Nie to co niewychowany rudzielec, co? – spytał Sasori, który stanął zaraz za Deidarą.
Blondyn pisnął i wyprostował się szybko, po czym odwrócił na pięcie i, z licami czerwonymi niczym dojrzałe jabłka, spojrzał na Sasoriego. Dłuższą chwilę stał w milczeniu, bawiąc się ściągaczami, które oplatały zwieńczenie rękawa. W końcu otworzył usta.
- Nie ładnie tak podsłuchiwać czyjeś rozmowy, un... – mruknął, odwracając wzrok.
Sasori uśmiechnął się wrednie.
- Och, masz racje... – mruknął. – Przepraszam Mozi, że podsłuchałem waszą FASCYNUJĄCĄ rozmowę...
Rudowłosy zobaczył, jak rozwścieczony blondyn rozdymał policzki.
- Zamknij się, bo twoje żarcie zaraz będzie pływać w sedesie, yeah!
- Dobra, blondie, uspokój się!
- Nie nazywaj mnie tak!
- Ej, uważaj na to, co gotujesz...
Dei niemalże krzyknął i podbiegł do kuchenki. Po chwili odetchnął z ulgą i ponownie zajął się gotowaniem.
- Powiedz mi, co to za imię dla kota „Mozi”?
- Och, to skrót od Mozilli... No wiesz, Firefoxa, yeah... No wiesz, „jego zajebistość jest zajebista” i takie tam...
- Czekaj... Nazwałeś kota od przeglądarki internetowej?!
- No, to już chyba lepsze od Internet Exploera, yeah? Nie wiesz, że za każdym razem, gdy włączasz tamto systemowe gówno Bóg zabija kotka?!
- Serio? – spytał Sasori nalewając sobie kawy. – To chyba muszę jej zawsze używać, bo nie cierpię kotów!
Sasori poczuł, jak w jego głowę uderza ręcznik, który Dei w niego rzucił.
- Ani mi się waż! I odpykaj się od mojego kotka!
- „Odpykaj”...? Co to ma oznaczać...?
- Cóż, lepsze to niż „odpierdol się”, un?
Sasori spojrzał na blondyna kątem oka. Musiał się z nim zgodzić, stanowczo wolał „odpykaj się”...
Usiadł przy dębowym stole, który stał pod ścianą. Mebel musiał być bardzo stary, w końcu był stuprocentowo drewniany, a nie z płyty meblowej. Wątpił, żeby jego gospodarza było stać na nowy mebel z litego drewna. Zresztą było kilka czynników, które wskazywały na jego wiekowość, na przykład miejscami przetarty lakier.
Zresztą – całe mieszkanie wyglądało jak z innej epoki. Ale nie komunistycznej, tylko jeszcze wcześniejszej. Nawet łóżka w sypialni wyglądały jak z początku dwudziestego wieku, były dość szerokie i rzeźbione. Chyba jedynym objawem nowoczesności w tym mieszkaniu była część kuchni i salon. Nawet łazienka wyglądała, jakby była bardzo stara.
Salon był urządzony w sposób dość współczesny. Stał w nim telewizor, jakieś radio, które o dziwo odtwarzało mp3, a także nawet nowoczesny komputer. Kanapa, która ustawiona była pod ścianą też nie wyglądała na starą, mogła mieć najwyżej siedem lat. Za to w pomieszczeniu tym panował klimat jak w gabinecie. W rogu znajdował się ogromny, stary zegar, było tu również mnóstwo regałów na książki. Natomiast biurko, na którym ulokowany był komputer, wyglądało na największą w historii świata prowizorkę.
Jakby na to nie patrzeć – w ogóle nie wyglądało to na siedzibę studenta…
Z biegu myśli wyrwało go pacnięcie w ramię. Podniósł wzrok na blondyna, który stał nad nim z talerzem w ręku.
- Chcesz, czy wolisz jeszcze trochę pomyśleć, un?
- Dawaj, bo chyba skonam z głodu... Szybciej się nie dało?! – warknął odbierając talerz, na którym znajdował się omlet.
- Przymknij się i jedz, yeah...
Sasori spojrzał na blondyna, który usiadł po drugiej stronie stołu, nawet nie naprzeciwko niego. Widział jak na jego twarzy maluje się czysta irytacja. Uśmiechnął się pod nosem.
- Smacznego... – mruknął.
Jedli w milczeniu, rudzielec musiał przyznać, że śniadanie było nadspodziewanie dobre, jednak postanowił, że nie będzie go chwalić...
Nagle ciszę przerwał dzwonek.


***


Unnie obudziły promienie słońca padające na jej powieki. Leniwie otwarła oczy i zerknęła na mężczyznę, który przy niej leżał. Nadal spał...
Przeciągnęła się i usiadła. Jej wzrok przesunął się na zegarek – była dziewiąta. Cholera, a chciała pospać dłużej...
Wstała powoli i wsunęła nogi w królicze bambosze, które stały przy łóżku. Nie cierpiała ich, ale jednocześnie nie chciało jej się iść kupić czegoś innego. Ruszyła w stronę kuchni. Chciała uciec od wspomnień wczorajszego pytania Deidary o ślub, a także o awanturze, która została wywołana jej odpowiedzią.
Odkąd tylko pamiętała, całe życie przed czymś uciekała... Gdy miała pięć lat, ojciec zostawił jej matkę bez słowa, a ona musiała z nią mieszkać. Na początku jej to nie przeszkadzało, ale później jej rodzicielka się stoczyła. Nie rozumiała, czy nie dawała sobie rady bez ojca, czy może nadal go kochała i tak bardzo przeżywała to, że on już niczego do niej nie czuł. Pamiętała, że gdy szła do podstawówki, jej mama zaczęła pić...
Nie musiała długo czekać, aż zostanie odebrana matce, na szczęście jej wychowawczyni zauważyła, że coś jest nie tak... Jednak po tym została odesłana do ojca. Musiała się przeprowadzić z Warszawy do Krakowa, do mężczyzny, który był tylko nikłym wspomnieniem, bo nie widziała go prawie trzy lata.
Jej wspaniały ojciec miał już wtedy nową rodzinę, a jego nowej żonie niezbyt uśmiechało się to, że musi z nimi mieszkać. W sumie nawet jej tata zachowywał się tak, jakby coś mu nie pasowało. Ich dzieci zawsze były na pierwszym miejscu, a ona była traktowana jak niechciany gość, który wszystko dostawał z łaski. Mając jedenaście lat spakowała się i uciekła. Od tego czasu nie widziała swojego ojca na oczy...
To, że uciekła z domu nie oznaczało, że nie miała się gdzie podziać. Nie, jej rodzina była „rozsiana” po całej Polsce, więc zawsze miała gdzie iść. Na początek pojechała nad morze, do swojego wujka, ze strony matki. Ten przyjął ją z otwartymi ramionami. Była tam prawie półtora roku, od czasu do czasu nawet odwiedzała ją jej matka. Jednak pewnego dnia jej mama przyjechała tam z jakimś mężczyzną i oznajmiła, że to jej nowy mąż, że chce zacząć wszystko od nowa i chce, żeby ona pojechała z nimi. Unnie odpowiedziała tylko, że się zastanowi. W nocy gdy wszyscy spali ona wymknęła się z domu i udała się na drugi koniec kraju, do Bielska.
Zawsze ją zastanawiało, dlaczego w pociągach czy autobusach nikt się jej nie pytał, dlaczego takie małe dziecko jedzie same...
Przez osiem lat swojego życia mieszkała w dziesięciu różnych miejscach, zwiedzając prawie całą Polskę, aż w końcu, mając dziewiętnaście lat, udała się do Katowic, do swojej babci ze strony ojca, która zawsze zapraszała ją do siebie. Jednak nie chciała do niej jechać, bo bała się, że spotka tam ojca. Jednocześnie właśnie wtedy zdała maturę i chciała iść na Akademię Sztuk Pięknych, równocześnie nie uśmiechało jej się studiowanie w Krakowie, gdzie był jej ojciec, czy w Warszawie, gdzie mieszkała jej matka. Postanowiła, że będzie studiować w „najbrzydszym miejscu świata”, jak nazywała Śląsk, zrywając z przeszłością.
Już pierwszego dnia studiów poznała Sira, który pomógł jej trafić na odpowiedni wydział. Nie rozumiała, co tam robił, ale przyjęła jego pomoc. Właśnie w taki sposób zaczęła się ich znajomość.
Nalała sobie wody do szklanki. Zastanawiała się, czy jej rodzice czasami o niej myślą. Z tego, co wiedziała, to jej matka nadal była z tamtym mężczyzną. Jeżeli dobrze pamiętała to nazywał się Jakub oraz miała z nim dwójkę dzieci.
- Dzień dobry, Urszulko! – usłyszała za sobą ciepły głos babci. – Już wstałaś?
- Babciu, prosiłam, żebyś mnie tak nie nazywała... Nie cierpię tego imienia... – jęknęła.
- Czemu? Jest takie piękne... – powiedziała starsza kobieta, idąc w jej stronę. – Kochanowski miał córeczkę, która się tak nazywała... Napisał na jej cześć cudowne wiersze...
- Ale za mną żadne z moich rodziców nie tęskni... Zresztą – on je pisał po jej śmierci... – szepnęła, czując jak jej babcia bierze do ręki jej włosy i zaczyna zaplatać je w warkocz. Milczała chwilę. – Pewnie nawet nie tęskniliby, jakbym umarła... A może nawet nie zauważyli tego, że mnie już z nimi nie ma...
- Och, twoja mama czasami dzwoni i pyta się, co u ciebie...
- Ale sama dupska nie ruszy...
- Uluś! To tak nieładnie mówić o swoich rodzicach!
„Nie ładnie, ładnie...” – pomyślała. – „Czy to ważne? I tak ich nic nie obchodzę...”
Chyba całe jej życie sprawiło, że nie chciała brać ślubu... Wiedziała, co czuje odrzucone dziecko i nie chciała, żeby jej córka – czuła, że to będzie dziewczynka – skończyła tak jak ona.


***


- A wy co tu robicie, yeah...? – spytał Deidara, gdy tylko otworzył drzwi.
- To tak witasz gości? „Co wy tu robicie”?! Myślałem, że jesteś bardziej gościnny... – mruknął Sir, opierając się o framugę. Zaraz za nim stał Itachi.
- Ech, to po prostu nie jest mój dzień... – jęknął blondyn.
- Co się stało? Twój kotek oznaczył sobie teren na twoim łóżku...? – spytał Sir, uśmiechając się wrednie.
- Weź się przymknij, SEWERYNKU – warknął Dei, wymieniając imię Lidera. – bo to wina TWOJEGO kuzynka, yeah...
Na twarzy Sira pojawił się wyraz najczystszej wściekłości.
- Kochanie, uspokój się... – szepnął Itachi, kładąc rękę na ramieniu partnera.
Sir westchnął ciężko.
- Więc on tu już jest?
- Już? On tu był, gdy wróciłem do domu, yeah! – warknął blondyn, wpuszczając ich do środka.
Itachi otworzył szerzej oczy.
- To o której ty się przyturlałeś do domu...? Zdawało mi się, że Unnie cię podwiozła... – czarnowłosy rozejrzał się po pokoju. – I ty to nazywasz porządkiem? Podobno tu sprzątałeś...
- No, byłem po trzeciej, ale on tu już był... Sam sobie otworzył drzwi... I tu BYŁ porządek, gdy wychodziłem... To on doprowadził do mieszkanie do takiego stanu.
Sir zaśmiał się głośno.
- To bardzo do niego podobne...
- I jest niewychowany!
- Zamknij się! – usłyszeli warknięcie Sasoriego, który nadal siedział w kuchni.
- Sam się przymknij, kurduplu, yeah!
Sir pochylił się nad uchem Itachiego,
- Już się kochają... – szepnął.
Czarnowłosy uśmiechnął się blado.
- Ja daję im rok i dwa miesiące, aż się zejdą... – szepnął.
- A ja pół roku...
Itachi wyciągnął rękę w stronę Sira.
- Zakład...?
Siwowłosy uśmiechnął się ciepło.
- Zakład...
Uścisnęli sobie dłonie.
- Dei, mógłbyś przeciąć? – spytał Itachi.
- A o co chodzi...?
- A, to taki mały, niewinny zakładzik...
Deidara uniósł brwi z zaciekawieniem, wzruszył ramionami, podszedł do przyjaciół i rozdzielił ich ręce.
- A o co ten zakład, un?
- O nic ważnego... – powiedział Itachi uśmiechając się.
- Zachowujecie się dziwnie, yeah...
- A gdzie tam!
Wszyscy weszli do kuchni, gdzie Sasori akurat kończył śniadanie.
- Smakowało, yeah?
- Ujdzie... – mruknął rudowłosy znudzonym głosem.
Deidara prychnął pod nosem.
- Właśnie, jak chcecie, to mogę wam dać trochę omleta, bo jeszcze mam, yeah...
- A dawaj! Uwielbiam twoją kuchnię! – rzucił wesoło Sir, podchodząc do stołu. – Cześć, dawno się nie widzieliśmy... – wyciągnął rękę w stronę rudzielca.
- Fajnie cię widzieć. A to kto? – spytał wskazując na Itachiego.
- Och, to mój chłopak...
- Cześć, jestem Itachi... – powiedział czarnowłosy, wyciągając dłoń w stronę mężczyzny.
- Sasori, miło mi.
Itachi usiadł na krześle, naprzeciwko rudowłosego. Sir zajął miejsce obok swojego kuzyna.
- To ten „dzieciak z liceum”, o którym mi opowiadałeś...? – spytał.
- Dzieciak z liceum?! – warknął Itachi.
- Spokojnie słonko, chodziło o to, że poznaliśmy się w liceum...
- Mówiłeś, że cię strasznie wkurza... Taki kujon...
- Co?!
- Mówiłem to zaraz po tym, jak się poznaliśmy! A ten idiota nigdy nie umie zapamiętać tego, jak się mu mówi o kimś ponownie w zupełnie inny sposób! – przemówił Sir rozhisteryzowanym głosem.
- Czekaj! To ten „długonogi, co nieźle całuje i jest dobry w łóżku”...? – spytał rudowłosy znudzonym głosem.
Policzki Itachiego oblały się szkarłatem.
- Weźmiesz się w końcu zamkniesz, czy mam cię trzepnąć, yeah?! – warknął Deidara. – Itachi, weź się nim nie przejmuj... To niewychowany dupek, un! A to ostatnie to nawet komplement był! – rzucił blondyn podchodząc do stołu z talerzami. – Proszę! – Na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech, gdy postawił zastawę przed swoimi przyjaciółmi.
- A ten, dla mnie by się jeszcze nie znalazło...? – spytał cicho Sasori.
- Dla ciebie?! A z jakiej racji?! Przecież sam powiedziałeś, że to „ujdzie”, yeah!
- Wiesz, on tak ma, że nie okazuje, kiedy coś mu się podoba... – szepnął Sir.
Deidara wykrzywił usta w grymasie niezadowolenia.
- Jeżeli to prawda to i tak mu to nie pomoże, bo już nie mam więcej, yeah...
Sasori przeklął pod nosem. Mimo wszystko nadal był głodny.

***

Tobi stał przed lustrem, przemywając twarz. Powoli roztarł oczy. Przeklinał w myślach cały ten poranek.
- Przepraszam... – usłyszał za sobą cichy głos nastolatka. – Ja naprawdę nie chciałem...
- Nie chciałeś...? – spytał spokojnie. – To czemu miałeś je ze sobą? Dla szpanu? A może bawiłeś się strzykawką, już napełnioną, a ona ci się wyrwała? A może rzuciła się na ciebie?
- Zamknij się! – warknął nastolatek.
- Czemu...? Przecież „nie chciałeś”... – mruknął drżącym głosem. – Obiecałeś, że nie będziesz już brał...
- Przecież wiesz, że czasami miewam problemy z tworzeniem na czysto... – jęknął rozpaczliwie malarz.
- To co...? Zamierzasz chodzić do szkoły na prochach? – Ton głosu starszego z mężczyzn, wbrew jego woli, stawał się coraz bardziej kpiący. Odwrócił się i spojrzał na Saia, którego usta zacisnęły się w wąską linię. – No co? Przecież nie umiesz tworzyć na czysto... – mruknął, jego głos ponownie stał się obojętny.
- Och, daj spokój... – szepnął artysta, podchodząc do niego. – Chodź, przytulę cię... – powiedział błagalnym głosem, wyciągając ręce przed siebie.
- Co?! – Głos Tobiego prawie przeszedł w krzyk, gdy poczuł, jak palce nastolatka powoli zaczynają dotykać jego talii.
- Obiecuję, że nic nie wezmę, choćby nie wiem co... – wyszeptał, opierając głowę na ramieniu mężczyzny.
Po chwili Tobi poczuł jak artysta go całuje, a później przesuwa swoje ręce w stronę spodni studenta. Otworzył szeroko oczy, odepchnął od siebie Saia, a później uderzył go z całej siły w twarz. Usłyszał, jak coś gruchnęło. Widział, jak nastolatek upada na ziemię i pluje krwią na swoją dłoń. Mimo to kopnął go jeszcze w brzuch. Później podniósł go i spojrzał wściekle w przerażone oczy chłopca.
- Nie rób tego, NIGDY WIĘCEJ! Nie po prochach! – warknął, po czym puścił Saia.
Licealista odskoczył, drżąc ze strachu, a po chwili wybiegł bez słowa.
Tobi spojrzał na swoje dłonie – jakby były splamione krwią. Poczuł, że łzy ponownie napływają mu do oczu. Oparł się o ścianę, a chwilę później osunął się po niej. Mimo, że jego policzki robiły się mokre, on w ogóle tego nie odczuwał. Odnosił wrażenie, że jest pustą skorupą...
Nie wiedział jak długo tak siedział, ale gdy wyszedł na ulicę, w jego twarz uderzyło gorące powietrze. Powoli, bezwiednie, ruszył przed siebie.


***


- Tatku, rozumiem, że mężczyźni przeżywają kryzys wieku średniego – zaczął powoli Sir – ale nie uważasz, że do ciężkiej cholery jesteś na to za stary?! – Jego głos niemalże przeszedł w krzyk.
- Szufladkowanie ludzi według wieku to rasizm, mój drogi synu! – skarcił go starszy mężczyzna.
- Ale to twój SZÓSTY samochód!
- A żona wciąż ta sama... – westchnął Liderowy tatuś.
Sir uderzył otwartą dłonią w czoło. Czasami miał ochotę zabić swojego ojca za taki tok myślenia. Miał nadzieję, że na starość nie będzie myślał tak, jak on.
Spojrzał na nowego Jaguara barwy burgundzkiego wina, który stał na podjeździe. Wnętrze obite było czarną tapicerką. Powoli zaczął się zastanawiać, które z sześciu samochodów ojca zostawi sobie po jego śmierci i stwierdził, że ten chyba będzie jednym z nich.
- Proszę cię, jeżeli kupisz sobie Maybacha, to nie informuj mnie o tym... – zaczął student poirytowanym głosem. – Ba! Nie myśl nawet o tym, żeby mi to na oczy pokazywać! Bo go ukradnę i spalę! – warknął.
- Sewerynku, to naprawdę nieładnie tak mówić! – mruknął ojciec Sira. – Poza tym Maybach to bezguście... – stwierdził kiwając głową. Po chwili kontynuował z uśmiechem na twarzy. – Ale powiem ci, że taki helikopter to bym sobie kupił...
Młodzieniec prawie wrzasnął z przerażenia, pośpiesznie odwrócił się na pięcie i ruszył w stronę domu rodziców.
- Jeżeli kupisz sobie ten helikopter – krzyczał, odchodząc – to się ciebie wyrzeknę, zmienię dane osobowe i poddam operacji plastycznej! Jakiem Lider!
Za sobą usłyszał ciepły śmiech ojca. Uśmiechnął się. W sumie, to na swój sposób
lubił swojego staruszka. Oczywiście jednocześnie kochał go tak, jak winno się kochać swoich rodziców, ale w tym mężczyźnie było zbyt wiele czynników, które go irytowały. Ale gdyby miał powiedzieć, co „lubi” w swoim ojcu, to na pewno stwierdziłby, że tą ukrytą troskę o rodzinę.
Zatrzymał się przed drzwiami i spojrzał na ciężkie, dębowe drzwi. Westchnął. Pamiętał, co myślał, gdy jego rodzice kupili ten dom. Obawiał się, że jego szanowny ojczulek wprowadzi w motyw wystroju coś związanego z jego pracą. Jednak nic takiego się nie stało. Dziękował za to, nie tylko w duchu.
Stał tak, patrząc na budynek. Gorący wiatr wiał w prawą część jego twarzy. Miał nadzieję, że będzie padać.
Nagle coś uderzyło go w ramię. Odwrócił głowę i spojrzał w dół, zobaczył swojego ojca.
- Co jest, synku, nie wchodzisz? – spytał starszy mężczyzna.
Seweryn uśmiechnął się, po czym wszedł do środka, a swoje kroki od razu skierował do salonu, ignorując przepych.
Gdy wkroczył do pokoju, jego wzrok mimowolnie padł na komodę, która stała przy drzwiach. Stały na niej jego zdjęcia z czasów dzieciństwa, a także jakieś aktualne. Podszedł bliżej i wziął do ręki dyplom z dołączonym do niego zdjęciem. Uśmiechnął się ciepło. Dyplom za zdobycie pierwszego miejsca w wojewódzkim konkursie matematycznym w składach drużynowych.
Na zdjęciu, oprócz niego, był także i Itachi. W końcu właśnie przez ten konkurs się poznali i razem go wygrali. Pamiętał, że po tym konkursie nazwał go „kujonem”, bo potrafił dużo więcej od niego pomimo tego, że był młodszy.
Przyjrzał się swojemu obliczu na fotografii. Jego włosy nadal były rude, a w zasadzie to pomarańczowe, chociaż już wtedy pojawiały się wśród nich siwe pasemka. Prawie parsknął śmiechem, gdy przyjrzał się swojej twarzy, była pełna kolczyków. Czasami żałował, że w akcie buntu zrobił sobie tak szalony piercing. Dotknął swojego lewego ucha – właśnie tam znajdowały się dwa ostatnie kolczyki, jakie do teraz nosił. Oba były prezentami od Itachiego.
Później spojrzał na chłopaka, który na zdjęciu stał zaraz obok niego. Ubrany był tak, jakby miał iść na akademię szkolną, a jego włosy były ciut krótsze niż aktualnie, upięte w kok, dzięki czemu wyglądał, jakby były całkiem krótkie. Na twarzy bruneta gościło opanowanie, które po tym konkursie powoli zaczęło z niego znikać. Oczywiście nadal był poważny i opanowany, ale gdy zaczynał szaleć, to na całego.
Uśmiech Sira jeszcze bardziej się poszerzył. Swoim palcem delikatnie przejechał po obliczu Itachiego.
- Masz mnie na żywo, a pieścisz moje zdjęcie...? – usłyszał ten jakże znajomy i przyjemny głos.
- Wiesz, że gdy patrzę na to zdjęcie robię się sentymentalny... – powiedział ciepło, odkładając dyplom. – Sentymentalny jak jakaś baba! – rzucił wesoło, odwracając się.
Itachi uśmiechnął się do niego. Jednak nie było przy nim jego kuzyna.
- Sasori rozmawia z twoją matką. – uprzedził go Uchiha.
- No tak, mamuśka jak zwykle gadatliwa, nie? – spytał, obejmując czarnookiego w pasie. – Pewnie nawija, od kiedy was zobaczyła...
- Niezbyt, chyba ma dzisiaj gorszy dzień... – szepnął Itachi, opierając głowę o jego bok.
- O! Witam moją przyszłą synową! – rzucił wesoło ojciec Sira.
- Tato! – warknął Lider.
- Dzień dobry, panie Bolesny... – mruknął z zażenowaniem Itachi.
- A no tak... Wy nie planujecie brać ślubu... – westchnął mężczyzna.
Srebrnowłosy odwrócił się na pięcie i ruszył przed siebie, ciągnąc za sobą Uchihę.
- Ojcze! Nie rozmawiam z tobą! – wrzasnął, odchodząc.
Spojrzał w dół i zobaczył uśmiech na twarzy swojego partnera.
- A ja pana lubię, panie Ryśku! – krzyknął.
- Dziękuję kochana! Chociaż ty jedna mnie doceniasz!
- Jednakowoż mógłby przestać uznawać mnie za kobietę...
Sir tylko uśmiechnął się cieplej i przysunął do siebie bliżej mężczyznę. Jego usta powędrowały w stronę czoła czarnowłosego i musnęły je delikatnie.
- Och, po prostu jesteś tak piękny, że trudno cię odróżnić od jakiejś ślicznej niewiasty... – szepnął.
- No dzięki... Przecież już się nawet nie ubieram tak kobieco, jak kiedyś! I co?! Teraz uważają mnie za jakąś chłopczycę!
Lider tylko się roześmiał.
©2007-2009 ~Luna666
Details
Submitted: October 24, 2007
File Size: 40.1 KB
Image Size: 0 bytes
Resolution: 0×0
Comments: 128
Favourites & Collections: 35 [who?]

Views
Total: 1,869
Today: 1

Downloads
Total: 25
Today: 0

Thumb

Author's Comments

Po długim oczekiwaniu w wasze ręce trafia rozdział nr. dwa...

Jestem z niego dużo bardziej dumna niż z jedynki...
Wersja niestety nie do końca poprawiona, gdyż moja droga :iconhoshiss:, którs litościwie robi korektę, wyjechała na wycieczkę.
Od razu przepraszam, że tak długo musieliście czekać, jednak (chyba...) było warto dla 12 stron...
Nie będę nic streszczać, sami przeczytacie!

Dla :iconnerri: - bez której bym tego nie napisała! Oraz za dziecko ze zdjęcia!
Dla :iconhoshiss: - która doradza mi w pomysłach i poprawia moją okropną, godną pożałowania, interpunkcję!
Dla :iconvampirenataliee: - która wytrzymuje moje przygłupawe pomysłu!
Dla :iconoska666: - za wszystko :*!
Dla :iconakatsukiss: oraz jego autorek - za to, że stworzyły to dojinshi, bez którego Naruto nadal byłoby przeze mnie czytane sporadycznie, nie znałabym Akatsuki, oraz nie lubiła yaoi!
Dla wszystkich, którzy to czytają! Dziękuję za ciepłe słowa!

P.S.
W rozdziale można znaleźć aspekty ("wstę;p" i "zakończenie") "przegotowania" mojego mózgu przez "Gotowe na wszystko" (23 odcinki w 5 dni, gdy byłam chora... I chyba tak już zostanie XD.)

Rozdział 1 - [link]
Rozdział 2 część 1 - [link]
Rozdział 3:
Część pierwsza:
[link]
Część druga:
[link]
[x]

Devious Comments

love 3 3 joy 0 0 wow 0 0 mad 0 0 sad 0 0 fear 0 0 neutral 0 0

Comments


No wreszcie.... <drukuje>

--
:bulletblue:Languages: polski, deutsch, a bit english
:bulletblue:GG: 970498 Mail: daryasama@gmail.com
:bulletblue:Current fandom: Katekyoshi Hitman Reborn, Axis Power Hetalia
:bulletblue:Polish KHR Forum > [link]
Luna, Kocham cię, kocham to co piszesz
Notka nic dodac nic ująć jest poprostu kolejnym skarbem.
Humor mnie powala, a część zakładem Sira i Ucieszki czytałam
ze łzami śmiechu w oczach
To jest cudne XDDDDDD
Of course :+fav: a ja czytam dalej...
I jakbyś chciała i miała czas, to ja też zamieściłam rozdzial dzisiaj
[link] nawet są chyba dla ciebie pozdrowienia XD.
już mi brzuch boli od śmiechu.. Napisane jest nierealnie wspaniale (przepraszam za mały słownik pozytywnych przymiotników TT_TT) :D Itacha uznawać za kobietę <-- to był wspaniały pomysł :D tak trzymać, lecę czytać kolejna część :)

--
Don't be stupid and don't watch my DEVIANT :D
You'll get blind :D
How much can you take --> [link]
No, nareszcie mogę to skomentować... Zaczęłam koło czwartej po południu, ale miałam japoński... ^^"
Kawał dobrej roboty. Może i się powtarzam, ale naprawdę jestem pełna podziwu - zazwyczaj przy pisaniu fanficków w realnym świecie bohaterowie stają się w mneijszym lub większym stopniu OCC, a Tobie znowu udało się zachować u nich oryginalne charaktery, do tego świetnie przedstawione i wpasowane w klimat. Kolejna świetna część, zaraz zabieram się do nastę;pnej :)

--
Jak ci pusto
To jedz groch z kapustą
Wiatr wypełni ci
Jelita
Oh nooo! Twoja drukarka się przetopi T_T!

--
[link] Luna na LJ.
BalCon2009. Chorzów. Będę tam. Przez Gimladen i KateSpike. Wińcie je.
Dziękuję ._."... ODSTAW TO, CO PALISZ!

--
[link] Luna na LJ.
BalCon2009. Chorzów. Będę tam. Przez Gimladen i KateSpike. Wińcie je.
To przez koleżankę z klasy, którą MIESIĄC uświadamiałam, że "to z 'brzydkimi kreskami' co rysuję to facet!" (ostatnio było "O! ładnie ci wyszła... sorry... Wyszedł...")
Dzięki za fava!
A można jaśniej, mimo wszystko?

--
[link] Luna na LJ.
BalCon2009. Chorzów. Będę tam. Przez Gimladen i KateSpike. Wińcie je.
... ITACHI NIE JEST OOC O___O?! :faint:
... Ok, ale dzięki!
Może chociaż TY spytasz o zdjęcie... Nie, żebym miała zamiar coś wygadać, ale co tam XD!

--
[link] Luna na LJ.
BalCon2009. Chorzów. Będę tam. Przez Gimladen i KateSpike. Wińcie je.
a co? Ciemno? światełka nie ma, że prosisz jaśniej? (żartuję;) (Sorry, że mało wymowny koment, jednak nie jestem całkowicie Polakiem. Mieszkam na Litwie, więc czasami mam problem z opisaniem swych myśli)
Jak i mówiłem: świetny pomysł z tym, że Itachi to kobieta, nastę;pnie miła rozmowa poranna między Dei'em i Sasorim, Sai ć;pun (to dobre :D ), dobrze przemyślana historia bohaterów (z czym ja mam problem :( ) ... no jaśniej już nie potrafię... :D

--
Don't be stupid and don't watch my DEVIANT :D
You'll get blind :D
How much can you take --> [link]
NIe Palę xD
Haisia is a good girl ^^

Site Map