- Cholera, mógłbyś się tak nade mną nie pochylać?! warknął zielonooki odpychając od siebie platynowowłosego.
Hidan odwrócił się plecami do starszego mężczyzny i prychnął głośno.
- Goń się bucu! pokazał mu język, a także środkowy palec lewej dłoni.
Kakuzu westchnął.
- Jestem zajęty, to wszystko...
- Ty ZAWSZE jesteś zajęty! krzyknął młodzieniec odwracając się ponownie w stronę czarnowłosego. Jego ręka bezwiednie przesunęła się w stronę poduszki, chwycił ją i z całej siły cisnął nią w mężczyznę..
Po chwili platynowowłosy poczuł, jak pod wpływem ciosu opada na łóżko, a w jego bark została boleśnie wbita pięść. Syknął z bólu, po czym chwycił Kakuzu za przegub.
- A to za co, ty świrze?! warknął spoglądając wściekle na mężczyznę ponad nim. Myślisz, że jak ból mnie podnieca, to możesz się na mnie wyżywać, gdy tylko najdzie cię na to ochota?! Mylisz się!
Nagle platynowowłosy poczuł na swoim policzku palce.
- To ty... szepnął Kakuzu, wbijając paznokcie w twarz partnera. Nie przeszkadzaj mi, gdy jestem zajęty... wywarczał, po czym odsunął się od niego.
Hidan westchnął, po czym usiadł i podkulił kolana pod brodę. Chociaż z natury był awanturniczy, głośny i często zachowywał się jak szczeniak, to teraz nie miał siły na kłótnię. Zamiast tego postanowił siedzieć tak, naburmuszony, nie odzywając się do przyszłego bankiera jak długo tylko się da.
Zerknął na niego kątem oka. Mężczyzna ponownie odwrócił się do niego plecami i kontynuował swoje wcześniejsze zajęcie.
Przyszły teolog poczuł ukłucie bólu, liczył na to, że jego chłopak choć trochę się nim zainteresuje...
Jesteś naiwny... pomyślał wzdychając. Przecież doskonale znasz taki typ... Doskonale znasz ludzi, dla których praca jest ważniejsza od bliskich...
W końcu jego ojciec był taki sam...
Jego ojczulek był pastorem w kościele ewangelickim w Opolu. Całe jego dzieciństwo kręciło się wokół ludzi, którzy przychodzili do jego domu i rozmawiali z jego tatą. Zawsze gdy chciał, żeby mężczyzna się z nim pobawił słyszał później synku, jestem zajęty, a on odchodził zasmucony. Z czasem zaczął nienawidzić wszystkich tych ludzi, którzy pojawiali się w domu, a w końcu zrezygnował z starania się o uwagę ojca. Jeżeli dobrze pamiętał, to nie miał wtedy nawet pięciu lat.
Po tym postanowił, że postara się o uwagę swojej matki. Była to kobieta, która całe życie spędziła w domu nie pracując. A na dodatek była fanatyczką religijną. Gdy po raz pierwszy do niej podszedł z zapytaniem, czy się z nim pobawi ona uśmiechnęła się i wzięła go na kolana. Siedziała chwilę w milczeniu, gładząc go po głowie, a później zaczęła opowiadać mu o Bogu. W sumie niewiele wtedy z tego rozumiał, ale ktoś poświęcał mu uwagę, więc zawsze chodził do niej, a ona mówiła mu o wierze.
Jego matka, w przeciwieństwie do ojca, była wyjątkowo konserwatywną katoliczką, dlatego młody Hidan był faszerowany dość skrzywionym obrazem Boga. Kobieta często opowiadała mu, że Bóg karze wszystkich, którzy się go nie słuchają, są inni od wszystkich... A już w szczególności homoseksualistów.
Nie trudno domyślić się, co stało się z nim, gdy odkrył, że jego preferencje seksualne są inne niż reszty. Czuł się, jakby ktoś wbił mu kołek w serce, a na dodatek jakby był brudny, czy splamiony krwią. Po tym wpadł w głęboką depresję, która skończyła się kilkoma próbami samobójczymi.
W końcu matka, która nie wiedziała dlaczego jest taki załamany, wzięła go do psychologa. Już na pierwszym spotkaniu zaczął wrzeszczeć, że jest brudny, że jest narzędziem w ręku szatana. Pamiętał ten ironiczny uśmiech na twarzy lekarza, który spytał się, czy ma wezwać egzorcystę. Pokręcił głową, dopiero gdy lekarz powiedział płaczesz... zorientował się, że po jego policzkach ciekną łzy.
Zawarł umowę z lekarzem, on opowie mu wszystko, ale w zamian jego matka o niczym się nie dowie. Na szczęście psycholog był tolerancyjny i wytłumaczył mu, że to nic złego, że jest innej orientacji seksualnej i powinien porozmawiać na ten temat z rodzicami.
Dojście do stanu normalności zajęło mu prawie rok. Ale na rozmowę z rodzicami się nie odważył. W końcu nie pamiętał nawet, kiedy ostatni raz rozmawiał z ojcem.
Właśnie podczas leczenia poznał ludzi, którzy wierzyli w Jashina. Grupa ta szybko zaczęła mu opowiadać o tym, że Jashin zrozumie jego ból, a także WYMAGA od niego, aby swój ból przelewał na innych.
Dla młodzieńca była to idealna okazja, do wyżycia się...
Pierwszy BÓL przelał na swoich rodziców. Powiedział, że ma ich głęboko gdzieś i odchodzi z domu. Wyjeżdża na studia i mają się z nim nie kontaktować. Na koniec powiedział, że ich nienawidzi, a później wyszedł... Nigdy więcej ich nie widział...
Poczuł ramię, które powoli otuliło jego kark. Spojrzał za sobie. Kakuzu spoglądał na niego znudzonym wzrokiem.
- Skończyłem, możemy się zająć sobą... mruknął sennym głosem.
- Wal się, straciłem ochotę... warknął.
Poczuł, jak drugie ramię mocno otula jego talię. Wiedział, że zaprzeczanie nie ma sensu, zresztą... Opór i tak podniecał tego świra, z którym był.
***
Idzie powoli ulicą. Nawet nie wie jak długo kroczy przed siebie. Gorące powietrze wieje w jego twarz, po której spływają łzy. Nie zdaje sobie sprawę, że w ogóle się przemieszcza...
Mimo, że jego nogi prowadzą go w ściśle określone miejsce, to kieruje się tam niezwykle okrężną drogą.
Kroczy przed siebie powolutku, chwiejnym krokiem. Wpada na ludzi, którzy wrzeszczą na niego, ale do niego do krzyki nie docierają.
Nie wie nawet, że nadal płacze, że jego koszulka jest cała aż mokra od łez, które kapią na nią miarowo. Słońce świeci w jego oczy, ale to do niego nie dociera. Aż dziw, że zatrzymuje się na czerwonym świetle.
Wpada na człowieka, który niesie jakiś karton. Pudło spada, słychać dźwięk tłuczonego szkła. Mężczyzna wrzeszczy po nim, gestykulując gwałtownie, ale on tego nie widzi, nie słyszy. Po prostu idzie przed siebie...
W końcu zatrzymuje się pod jakąś kamienicą, naciska jeden z przycisków na domofonie, a po chwili szepcze to ja... Drzwi otwierają się, a on powoli zaczyna wchodzić po schodach. Łzy nadal płyną po jego twarzy, nadal nie jest świadomy tego, że idzie...
Do stanu świadomości sprowadza go dopiero głośne pytanie skierowane w jego stronę. Dopiero, ten jakże znajomy głos, sprawia, że uświadamia sobie to, że szedł. To krótkie Tobi, co ty tu robisz...? go obudziło.
I nagle uświadamia sobie, jak bardzo bolą go nogi... Czy mógłbym usiąść...? Nie czuję swoich nóg... szepta odwracając wzrok. Łzy już nie płyną... Jakoś się uspokoił... Powstrzymał je....
Płakałeś... słyszy zmartwiony głos. Wtedy ponownie zaczyna łkać...
***
Mężczyzna powoli otworzył oczy, po czym ziewnął i spojrzał na drugą część łóżka. Była pusta, co w zasadzie go nie zdziwiło. Ona nigdy nie spała długo...
Jego wzrok przesunął się na zegar, który wisiał na ścianie. Powoli zbliżała się pora obiadowa. Uśmiechnął się z satysfakcją. Nie sądził, że będzie spał aż tak długo.
Powoli usiadł i spojrzał na kołyskę, która stała pod oknem. Uświadomił sobie, że już wkrótce nie będzie mógł się tak wysypiać. Postanowił, że do czasu, aż pojawi się dziecko będzie spał tak długo, jak tylko będzie mógł.
To będzie syn, zobaczysz! pomyślał wsuwając nogi w bambosze w kształcie rekina. Nie dam ci tej satysfakcji, że znowu miałaś rację!. myślał zerkając poirytowany w stronę drzwi.
Płeć dziecka i ślub były głównymi tematami ich kłótni.
Nagle usłyszał początkowe słowa piosenki, które dobiegały z kuchni.
Kochano mamo - piszę list jest mi tutaj dobrze
siostry opiekują się mną i jestem szczęśliwa.
chcę żebyś wiedziała, że wracam do zdrowia.
A póki co... uczę się żyć!
Ostatnie słowa zostały wywrzeszczane, a zaraz po nich jego uszu dobiegła ostra muzyka, której po chwili zaczął towarzyszyć charakterystyczny głos Chylińskiej, który wielokrotnie przechodził we wrzask.
Czyli ma doła... pomyślał otwierając drzwi. Jego oczom ukazał się długi, wąski korytarz. Przebiegło mu przez myśl, że gdyby był małym dzieckiem, to bałby się go jak ognia. Było w nim coś, co sprawiało, że nawet jemu, dorosłemu mężczyźnie, przebiegał dreszcz po plecach, za każdym razem, gdy go widział.
Ale w jego przypadku mogło to byś spowodowane wspomnieniami z dzieciństwa.
Ruszył przed siebie i w raz z swoich zwyczajem przekrzywił obraz wiszący na ścianie. Wiedział, że i tak za jakiś czas przejdzie tamtędy babcia Unnie i go poprawi. Tak było codzienne, to była część jego życia, nienawidził perfekcjonizmu, dlatego codziennie robił to, co robił.
W duchu powtarzał sobie, że w sumie, to w porównaniu z resztą znajomych miał dość normalne dzieciństwo. W końcu miał tylko jedno traumatyczne wspomnienie
Było ono związane właśnie z takim korytarzem.
Takie same przejście było w mieszkaniu, w którym się wychowywał... Właśnie w takim miejscu znalazł swojego starszego brata, wiszącego na lince holowniczej. I przeżył tylko dlatego, że go znalazł, zaraz po tym, jak pozwoliłby lina ciasno otoczyła jego szyję.
Wszedł do kuchni, zobaczył Unnie, która siedziała przy stole. Przed nią leżała kartka, a jej zgrabne palce delikatnie trzymały pióro. Po chwili niebieskowłosa w milczeniu przewinęła piosenkę. Znowu pani Chilińska wypowiadała treść listu.
- Co robisz
? spytał niepewnie, spoglądając na nią zdziwionym wzrokiem.
Nie odpowiedziała, nadal siedziała w bezruchu spoglądając na kartkę tępym wzrokiem.
- Skarbie! krzyknął. Ziemia do Smerfetki!
Kobieta aż podskoczyła i spojrzała na niego rozjuszonym wzrokiem.
- Tak, Papo Smerfie
? mruknęła uśmiechając się ironicznie. Jej oczy jednak nadal były smutne.
- Co robisz
? spytał siadając na krześle obok niej.
- Piszę list
- szepnęła.
Spojrzał na kartkę, była całkowicie czysta.
- Kochanie, ale tu niczego nie ma
- zauważył uśmiechając się czule.
Jej twarz wydawała się być pusta i bez wyrazu.
- Bo
Nie wiem od czego zacząć
- wyszeptała.
Spojrzał na nią. Wplótł ręce w jej miękkie włosy zaplecione w warkocz. Czyli jej babcia się nimi dzisiaj zajmowała.
- A do kogo ten list? spytał przesuwając rękę na chude ramię.
Nie odpowiedziała jednak gdy piosenka się skończyła, ponownie włączyła ją od nowa, co chyba miało być dla niego swojego rodzaju podpowiedzią
I doskonale ją zrozumiał
Jego luba starała się napisać do swojej matki
***
Chyba po raz szósty zerknęła do torebki upewniając się, czy niczego nie zapomniała. Westchnęła i zaczęła powoli sprawdzać zawartość. Dowód, pieniądze, klucze, komórka, wszystko było
Chociaż tego ostatniego najchętniej by nie brała.
Spojrzała w lustro, poprawiając swoje blond włosy.
Miała ochotę wcisnąć rodzicom jakąś ściemę, ale jednocześnie doskonale wiedziała, że właśnie dzięki temu, że zawsze mówiła im prawdę tak bardzo jej wierzyli i zgadzali się na chłopaka, z którym chodziła.
Wzięła głęboki wdech. Zaczęły się wakacje, a ona idzie się tylko spotkać z swoim ukochanym
Ale on nie był zbytnio akceptowany przez jej rodziców.
Ujęła z całej siły pasek torebki.
Dalej, przecież wcześniej się zgadzali na to, żebyś się z nim spotykała! pomyślała, starając podnieść się na duchu.
Wyszła z pokoju, przeszła przez przedpokój, po czym wkroczyła do kuchni, gdzie jej matka przygotowywała obiad.
- Mamo, - zaczęła, po czym wzięła głęboki wdech. Ja wychodzę
- szepnęła dużo mniej pewnym głosem niż chciała.
Zobaczyła jak jej rodzicielka odwraca się do niej twarzą, wycierając ręce w fartuszek.
- Teraz? Właśnie robię obiad
- usłyszała nutkę niezadowolenia w głosie kobiety.
- Jestem umówiona z Naruto
- powiedziała, odgarniając włosy z twarzy. Złamał rękę i po prostu się o niego martwię
Ujrzała jak na twarzy jej matki maluje się grymas niezadowolenia. Westchnęła głośno.
- Tak mam ze sobą komórkę, klucze i dokumenty, spokojnie wrócę przed dziesiątą
- jęknęła uprzedzając swoją matkę. Doskonale znała listę pytań swoją rodzicielkę przed każdym spotkaniem z Naruto.
Zauważyła lekkie speszenie na twarzy kobiety.
- Słoneczko, to nie tak, że my go nie lubimy, po prostu się o ciebie martwimy
Wiesz, to jego towarzystwo
- Sable nie jest złe! krzyknęła. To po prostu grupa znajomych!
- Jasne, skoro są tacy dobrzy, to czemu biją się z tym drugim gangiem?! warknęła kobieta głośniej.
- To Hebi na nich napada! jęknęła.
- Jakoś mi się nie wydaje
- Mamo! Przecież kiedyś sądziliście, że ci z Akatsuki są źli! Ale teraz wiecie, że nie są! Zaufajcie mi tak, jak zaufaliście Deiowi! krzyknęła zrozpaczona. Po chwili posmutniała i wbiła wzrok w podłogę. A przynajmniej ty mu uwierzyłaś
- szepnęła zerkając z wyrzutem w stronę dużego pokoju.
- Kochanie, nie poruszaj tak głośno tej kwestii
Wiesz, że twój ojciec nie lubi
- To co?! przerwała jej. Mam w ogóle przestać o nim mówić?! W domu mam udawać, że nie mam brata?! A może, gdy wchodzę do salonu, gdzie ojciec cały czas siedzi?! Co?!
- Zamknij się
- usłyszała niewyraźny pomruk dobiegający z pokoju. Nie wypowiadaj jego imienia w mojej obecności
On
on jest brudny
- słyszała obrzydzenie w słowach ojca.
Uśmiechnęła się nerwowo, po czym poprawiła włosy.
- Dobrze tatku
- warknęła. Zarzuciła torbę na ramię. Wychodzę
Nic mi nie będzie
- Jasne, jemu też kiedyś nic nie było
- Jej uszu dobiegł nieprzyjemny pomruk ojca.
Zatrzasnęła za sobą drzwi i zaczęła powoli schodzić po schodach. Musiała przebyć dziesięć pięter, mimo to, nie miała ochoty jechać windą. Z całej siły starała się powstrzymać łzy, które napływały do jej oczu, jednak wszelkie starania okazały się zbędne. Po chwili zaczęła łkać.
Czasami nienawidziła swojego ojca
***
Sir otworzył drzwi i zajrzał do środka. Uśmiechnął się na widok starszej kobiety śpiącej w łóżku.
Wszedł cicho do pomieszczenia, ciągnąc za sobą Itachiego, którego długie palce delikatnie obejmowały jego dłoń. Spojrzał na kuzyna, który siedział na krześle wpatrując się w okno.
- Przed chwilą zasnęła... usłyszał znudzony pomruk artysty.
- Mam nadzieję, że nie sprawiła ci żadnego kłopotu. szepnął Sir podchodząc do niego.
- Nie, skąd. Miło było z nią trochę pogadać. zapewnił Sasori. Co prawda głównie milczała, ale wiesz, że mnie to dużo bardziej odpowiada...
Na twarzy Lidera zagościł kpiący uśmieszek.
- Tak wiem! To dlatego zamieszasz z Deiem, a nie z nami! mruknął podchodząc do mężczyzny i kładąc mu rękę na jego ramieniu. Umilkł na chwilę, starając się nie parsknąć śmiechem. Nasz drogi rzeźbiarz to niezwykle... Cichy i spokojny człowiek! dokończył po chwili szczerząc się złowieszczo.
Za sobą usłyszał głośne parsknięcie śmiechu, przed sobą zaś ujrzał poirytowane oblicze Sasoriego.
- Pein... warknął czerwonowłosy. Nie cierpię cię czasami...
- Pein? spytał zdziwiony Itachi, który momentalnie się uspokoił.
- To przezwisko, które nadał mi mój drogi kuzynek, przedrzeźniając moje nazwisko... mruknął Sir odwracając się do swojego chłopaka. Ku swojemu zaskoczeniu na jego ustach zobaczył uśmiech.
- Podoba mi się ten pseudonim... Od dzisiaj będę cię tak nazywał!
Lider westchnął. Naprawdę nie lubił tego przezwiska. Ruszył w stronę łóżka i usiadł na krześle, które zostało przy nim ustawione. Spojrzał na twarz swojej matki z uśmiechem. Była to kobieta niezwykle energiczna, nawet pomimo swojego kalectwa. Poświęciła swoje zdrowie, by go urodzić i był jej za to wdzięczny...
Jego matka była siedemdziesięciodwuletnią damą, urodziła go mając czterdzieści dziewięć lat. Gdy wszedł w odpowiedni wiek i zrozumiał jak bardzo jego rodzicielka poświęciła się, by wydać go na ten świat zmieniło się całe jego podejście do życia. Prawda była taka, że to Itachi uświadomił mu, jak wyjątkowa była jego mama.
Będąc dzieckiem zawsze dostawał to co chciał, nawet za komuny. Mógł prosić o wszystko, niemalże od razu to dostawał.
Zawsze dziwiło go to, że jego rodzice nie pobrali się z miłości, a z rozsądku. Wszystko dla biznesu... I oboje przez długie lata mieli na boku kogoś innego...
Swego czasu był przemądrzałym, rozpieszczonym smarkaczem, który uważał, że sam sobie poradzi w życiu i traktował rodziców jak niechciane podrzutki, biorąc kieszonkowe z uśmiechem. Dostawał szału, gdy ktoś był lepszy od niego stało się tak nawet, gdy poznał Itachiego.
Dopiero jego ukochany, zdzierając sobie przy tym gardło, uświadomił mu, jak ważni w jego życiu są inni ludzie, a rodzice i rodzina w szczególności.
Chyba właśnie wtedy się w nim zakochał. I uznał za część swojej rodziny...
- Synku, - usłyszał głos matki.
- Dzień dobry, mamo! uśmiechnął się i ujął jej dłoń.
- Jaki dzień, syneczku...? Jest piętnasta...
- Kochana mamo, dzień nadal może być piękny...
Zobaczył jak jego kuzyn przewraca oczami z dezaprobatą, a Itachi pokazał język Sasoriemu.
Tak, dzień nadal mógł być piękny...
***
Deidara zdjął z czoła swoją, niemalże rytualną, opaskę. Zakładał ją zawsze gdy sprzątał.
Krew go zalewała, gdy myślał o tym, że musi sprzątać nie swój burdel... Bo Pan Spójrz Na Mnie I Zobacz Jaki Jestem COOL musiał sobie pójść z swoim kuzynkiem i Itachim na wizytę do rodziców Sewerynka... Oczywiście nie miał nic przeciwko Sirowi i Itachiemu, ale sama sytuacja go niezmiernie irytowała...
Zdążył ogarnąć całe prawie całe mieszkanie, pozostał tylko już jeden front tej wojny z brudem... Sypialnia... Jak to w ogóle możliwe, żeby zrobić TAKI bałagan w dwie godziny?! Brakowało tylko karaluchów biegających po ścianach!
Leniwie wszedł do pokoju i opadł na łóżko. Powoli wyprostował nogi, w których zaczynał odczuwać ból spowodowany ciągłym staniem, kucaniem, czy klęczeniem...
Co chwili jego wzrok przeniósł się na etażerkę, a konkretniej na zdjęcie. Wyciągnął rękę i delikatnie ujął ramkę w palce. Westchnął cicho, jeszcze dwa lata temu widząc tą fotografię zaczynał płakać jak głupi i chciał iść wieszać, ciąć, albo przynajmniej upić. Spojrzał na wewnętrzną część swoich dłoni... Tak ciął się chyba w najoryginalniejszy sposób na świecie... Wnętrze obu jego dłoni zdobyły dwie szerokie blizny, którym czasem z nudy dorysowywał języki...
Jednak teraz pogodził z tym, co go spotkało... Z swoją sytuacją rodzinną i... Postanowił żyć dalej.
Całe swoje dzieciństwo spędził w samym centrum Górnośląskiego Okręgu Przemysłowego Świętochłowicach. Był oczkiem w głowie swojego ojca, jedynym, ukochanym synem. Raz w tygodniu jego ojciec brał go tam, gdzie akurat chciał iść na ryby, do parku i tym podobne.
Synu, jesteś najwspanialszą rzeczą jaka mnie w życiu spotkała! zwykł mawiać, gdy tylko nadarzyła się okazja.
Jego matka była typową kurą domową, nigdy nie pracowała, ponieważ byt rodzinie zapewniał ojciec górnik.
Żył sobie spokojnie z rodzicami i młodszą siostrą. Jego sytuacja nie zmieniła się nawet zbytnio, gdy jego protoplasta stracił nogę w wypadku w pracy.
Mając dziewiętnaście lat wyprowadził się do mieszkania po dziadkach a razem z nim zamieszkał tam jego ówczesny chłopak. Zresztą jedyny, z którym był dłużej niż pół roku, a także ostatni jakiego miał.
Jednak jego życie rodzinne załamało się po pewnej rozmowie z ojcem... Odbyła się ona w dwa miesiące po opuszczeniu domu rodzinnego.. Od tego czasu widywał ojca raz, może dwa razy w roku... Gdy odwiedzał matkę, zawsze siedzieli w kuchni, a jego protoplasta siedział zamknięty w salonie.
Odłożył zdjęcie, zastanawiał się nad zrobieniem nowego, tym razem tylko z matką i siostrą.
Ponownie zawiązał opaskę na czole, podwinął rękawy i zaczął sprzątać.
Ogarnięcie pokoju zajęło mu prawie godzinę, a na koniec chwycił torbę i wysypał jej zawartość na łóżko. Na sam szczyt upadła jakaś dziecięca książeczka, z której wysunęło się zdjęcie. Zdziwiony artysta wziął je do ręki. Ku swojemu zaskoczeniu zobaczył na nim Sasori z jakimś małym, może cztero-pięcioletnim, chłopcem o rudych włosach, zielonych oczach i delikatnych cieniach pod oczami. Chłopczyk wyglądał jak mała kopia jego współlokatora różnili się tylko oczami. Artysta trzymał chłopca na rękach i uśmiechał się ciepło.
Nie wiedział kim on jest. Zerwał się, pobiegł do salonu i włączył komputer. Postanowił je zeskanować i wysłać Itachiemu, Lider na pewno będzie wiedział KIM jest ten chłopiec!
Później wrócił, odłożył zdjęcie na miejsce i ruszył do kuchni, wciąż myśląc o tym, co to za dzieciak... I czemu Sasori się tak ciepło uśmiechał...?
Królestwo za kawę... pomyślał w międzyczasie. To pomoże mu nad przemyśleniami na temat fotografii. O jego nogi otarł się Mozi, mrucząc i miaucząc co chwilę. Deidara uśmiechnął się i wziął go na ręce.
- Co, Panie Kocie? spytał drapiąc go za uchem. Jesteśmy głodni? uśmiechnął się do zwierzaka.
Futrzak mruczał, leżąc na jego rękach.
Niespodziewanie usłyszał dzwonek domofonu. Zdziwiony postawił kota na ziemi i wrócił do przedpokoju, po czym podniósł słuchawkę.
- Tak? mruknął.
- To ja... W odpowiedzi usłyszał głos Tobiego.
Zdziwił się, mimo to otworzył drzwi prowadzące do kamienicy, sam zaś wyszedł na korytarz i oparł się o framugę. Zaczął się zastanawiać o co może chodzić...
Jednak gdy zobaczył swojego przyjaciela zaczął się zastanawiać, czy aby na pewno tego chce...
- Płakałeś... stwierdził rzeźbiarz. Stwierdził, nie zapytał... To było oczywiste.
Deidara ujrzał jak na twarzy mężczyzny ponownie pojawiają się łzy.
Poczuł się winny.
***
Itachi rozsiadł się w fotelu i zapiął pasy. Przełknął ślinę, po czym odgarnął włosy z twarzy. Nienawidził jazdy samochodem.
- Hej, co z tobą? spytał Sasori z tylniego siedzenia. Wyglądasz jakbyś się bał...
Uchiha spojrzał na niego. Nie odpowiedział, po chwili odwrócił wzrok. Nie sądził, że to jest tak oczywiste.
- Boisz się jeździć samochodem? usłyszał kpinę w głosie artysty.
- Kuzynku, wziąłbyś się przymknął, co? warknął Sir, zapinając pasy.
To nie jest tak, że bał się jeździć samochodem, po prostu czasem odczuwał dyskomfort psychiczny. Nie zawsze, tylko w niedziele i tylko o określonej porze... Po prostu nie czul się dobrze jadąc gdzieś w niedzielne popołudnie. Przypominało mu to o bolesnej przeszłości, budziły się w nim wspomnienia bólu, cierpienia, utraty bliskich, niepewności i obrzydzenia do siebie i swojego ciała.
Kiedyś na samą myśl o tych emocjach miał ochotę się powiesić... I zapewne gdyby nie Deidara i Sir nadal by tak było, a kto wie może by już nie żył...
Niezauważalnie podwinął rękawy i przyjrzał się dwóm bliznom, które przebiegały wzdłuż jego przegubów. Ktoś mógł pomyśleć, że będąc nastolatkiem podcinał sobie żyły, starając się zabić, czy odpędzić złe wspomnienia jak robi wiele osób, które miały podobne blizny. Tak jednak nie było ślady te były jego piętnem, pamiątką jego życia, karą za błędy...
Mając trzynaście lat stracił w wypadku rodziców, zaś on sam prawie zginął...
Pamiętał ten dzień doskonale padał wtedy deszcz i pomimo tego, że był lipiec było zimno i wszyscy chodzili w swetrach. W zasadzie był to typowy lipiec drugiej połowy lat dziewięćdziesiątych.
Nigdy nie zapomni tego, jak kłócił się z ojcem, gdy jechali do rodziny. W zasadzie nie pamiętał nawet o co, ale w zasadzie oprócz tego, że się kłócił, oraz późniejszego, potwornego bólu, nie pamiętał niczego... W pewnym momencie jego ojciec odwrócił się rozwścieczony i wrzasnął na niego, dopiero po chwili dotarło do niego, że puścił kierownicę. Jednak było już za późno, po chwili samochód uderzył w drzewo.
Pierwszym wspomnieniem po obudzeniu się była jakże dziewczęca twarzyczka Deidary, który siedział przy jego łóżku. Nie zapomniał także ile łez wtedy wylał, a także, że jego przyjaciel prawie przez cały czas przy nim był.
Po tym wypadku jego życie zmieniło się o sto osiemdziesiąt stopni, musiał pogodzić się z utratą rodziców, szybko przeprowadzić się do babci, znosić rosnącą nienawiść brata, a także przyzwyczaić się do zasłaniania swego ciała, co spowodowane było blizną, przebiegającą przez prawie cały jego tors.
Czasami zastanawiał się, czemu Sir nie czuł obrzydzenia do jego ciała, ale on po prostu nieustannie powtarzał, że dodaje mu to swoistego uroku i jest z tą blizną tak samo piękny jak i bez niej...
- Cześć. usłyszał za sobą głos. Odwrócił się za siebie, zobaczył Sasoriego, który właśnie odpinał pasy, byli pod domem Deidary.
- Cześć... mruknął, nawet nie zauważył kiedy dojechali. Obserwował artystę, gdy ten leniwie kierował się w stronę kamienicy.
- Jeżeli w jakiś sposób zostałeś przez niego urażony, to obiecuję, że pobiegnę za nim i kopnę go tam, gdzie żaden mężczyzna nie chce zostać uderzony, jeżeli nie nosi ochraniacza! usłyszał odrobinę kpiący głos Sira.
Młodzieniec uśmiechnął się mimowolnie i odgarnął z twarzy swoje kruczoczarne włosy.
- Nie trzeba, to tylko niedowartościowany, artystyczny dupek... mruknął kpiącym tonem.
Lider uśmiechnął się ciepło i poprawił swoje ciemne okulary.
- Aha, od dzisiaj naprawdę będę nazywać cię Pein... mruknął Itachi.
- Któregoś pięknego dnia zabiję tego mojego kuzynka...
Czarnowłosy roześmiał się w odpowiedzi.
***
- Któregoś dnia zabiję cię, ty zboczony gnoju! wrzasnął Hidan, ubierając się. Mam ciebie dość, ty pieprzony perwercie!
Kakuzu jedynie westchnął w odpowiedzi i skulił się dokładniej pod kołdrą. W milczeniu wsłuchiwał się w kolejne wyzwiska partnera.
- Jesteś żałosny... jęknął w końcu.
- Co?! wrzasnął platynowowłosy odwracając się, w jego oczach gościła furia.
- Powiedziałem, że jesteś żałosny... powtórzył spokojnie.
- Gnoju! Nie jestem żałosny! Kakuzu zobaczył jak w oczach jego partnera pojawiają się łzy.
- Jesteś, przecież zaraz się popłaczesz... zauważył obojętnym głosem.
Wtedy padł cios to bolało, jednak Kakuzu był do tego przyzwyczajony do nagłych napadów swojego partnera, ciosów, kopnięć, a nawet uderzeń noża.
Doskonale wiedział także, że jego towarzysz zaraz zacznie sam siebie okaleczać. Zdawał sobie także sprawę, że nic na to nie poradzi, bo w końcu i tak go nie powstrzyma próbował setki razy,
Poczuł pięść, która wbija się w jego żebro. Z doświadczenia wiedział, że zaraz zostanie kopnięty, a po chwili w pokoju nie zostanie nikt inny oprócz niego, za to z łazienki usłyszy trzask szła... Wiedział też, że najpóźniej za godzinę będzie musiał tamować krew z rozciętych żył.
Tak, Kakuzu doskonale znał swojego partnera i wiedział, co mężczyzna robi w takich sytuacjach...
Drzwi łazienki zamknęły się z trzaskiem.
Tak, znał go jak nikt inny na świecie...
W końcu w pewnym stopniu przypominał jego ojca, który potrafił całymi dniami urządzać mu awantury, bić go, a później zamykać się w łazience karać siebie za to co robił...
Bezrobotny ojciec alkoholik, protoplasta szóstki dzieci, mąż i syn to najgorsze co go w życiu spotkało. Mężczyzna potrafił zniknąć na kilka tygodni, a nawet miesięcy, a później pojawić się ni z tego ni z owego... Pamiętał jak często nie miał co jeść, bo jego tak zwany tatuś się upił za to, co zarobiła jego matka, albo za emeryturę dziadków, tylko po to, by, jak twierdził, uczcić swój powrót. A później bez powodu lał go do nieprzytomności wrzeszcząc, że on, czternastoletni chłopiec, mógłby w końcu zarabiać na siebie...
Niesamowite, co może zrobić z człowiekiem utrata ich marzeń...
Pamiętał jak jego matka zawsze opatrywała później jego rany i powtarzała, że jej mąż pojawia się w domu tylko po to, żeby spłodzić kolejne dziecko, upić się i pobić swojego pierworodnego czyli właśnie Kakuzu...
Gdy ciosy przestały padać, a jego mama zakończyła w końcu zajmowanie się jego okaleczonym ciałem, zawsze słyszał wołanie z łazienki... Błagalne wołanie, żeby mu pomógł, bo inaczej się wykrwawi... A on nawet po tym wszystkim nie mógł mu odmówić, bo miał kilka dobrych wspomnień z dzieciństwa... Gdy ojciec miał jeszcze swoje marzenia.
- Kakuzu... usłyszał jęk z łazienki. Zaciąłem się trochę...za głęboko...
Student wstał jęcząc.
Tak, Hidan pod pewnymi względami bardzo przypominał jego ojca... No i cała ich trójka była taka przewidywalna... Bo Kakuzu bez względu na wszystko nie mógł odmówić swojemu partnerowi pomocy, wiedząc, że wtedy zostałby sam...
***
Wchodząc po schodach minął wysokiego bruneta, którego już niedługo miał poznać osobiście. Wtedy jednak uważał go tylko za jednego z sąsiadów...
Gdy tylko otworzył drzwi otworzył drzwi, usłyszał głos pełen irytacji.
- Cholera, dzięki za pomoc dupku, un! warknął Deidara, rzucając w niego ręcznikiem. Posprzątałem za ciebie całe mieszkanie, un!
Rudzielec spojrzał na niego z zaciekawieniem. Wyglądało na to, że mieszkanie z blondynem będzie rajem chyba nie będzie musiał niczego robić! Mimowolnie uśmiechnął się i zaczął w duchu dziękować Peinowi za załatwienie mu TAKIEGO gospodarza!
- Aha... wtrącił młodszy artysta. Zapomniałem twoje łóżko nadal wygląda jak największe wysypisko śmieci na świecie, un! dodał uśmiechając się słodko.
A może i nie czeka go aż taki raj...? pomyślał zniechęcony. Cholera, on się zachowuje, jakby był moją ciotką!
- Oczywiście, nie muszę mówić, że oczekuję, iż to posprzątasz...? rzucił blondyn, kładąc ręce na biodrach.
Ten gość NAPRAWDĘ zachowuje się jakby był moją ciotką! pomyślał rozdrażniony i ruszył wąskim przejściem w stronę sypialni, wymijając Deidarę, który oparł się z uśmiechem o ścianę. Zignorował komentarz dobre dziecko, un, chociaż sam nie wiedział jak to zrobił.
Gdy zobaczył jak wygląda jego łóżko poczuł jeszcze większą falę irytacji. W końcu każdy wściekłby się na widok swoich ubrań, książek i innych prywatnych rzeczy, rzuconych w ostentacyjny sposób na posłanie, które służyło do spania, a nie za kosz na śmieci!
Nawet ten widok przywodził mu na myśl kobietę, która go wychowała. Westchnął głośno i zaczął zbierać swoje rzeczy i układać je w szafie za którą służyła wnęka z prowizorycznie powieszonymi półkami.
Trochę go zdziwiło, że jego gospodarz specjalnie dla niego usunął rzeczy z półek wskazywały na to trzy kartony pełnie przeróżnych gratów, ustawione pod ścianą.
Wziął do ręki dziecięcą książeczkę i wyjął z niej zdjęcie, na którym znajdował się wraz z małym chłopcem. Uśmiechnął się, po czym schował je między strony. Samą książkę położył na najwyższej półce, wśród innych pamiątek z przeszłości. Nie miał ich zbyt wiele, na co wpływał fakt, że nie był człowiekiem sentymentalnym. Ale nawet on uważał, że są takie rzeczy, które trzeba pamiętać. Na przykład jego rodzice którzy zginęli, gdy miał cztery lata.
Od tego czasu mieszkał z przyjaciółką jego matki, gdyż jego babcia nie mogła się nim zajmować ze względu na zły stan zdrowia. Jego babka zmarła rok temu. To znaczy, nie żeby miał dobry kontakt z matką swojego ojca, nie tylko ze względu na stan jej zdrowia, jednak była jego babcią, prawda? Mimo to, niezbyt się tym przejął...
Kolejną rzeczą godną wspominania była jego ciotka kobieta, która go wychowała.
Może nie była idealną opiekunką, ale starała się jak mogła. Co prawda chodził do szkół z internatem, ale było to spowodowane tym, iż kobieta zajmowała się międzynarodową dyplomacją. W domu bywał tylko na święta, wakacje, oraz niektóry weekendy, czy też, gdy był dłużej chory. Jednak co najmniej raz na dwa tygodnie jego ciotka u niego była.
Praca, którą wykonywała jego opiekunka miała swoje plusy udało mu się w końcu zwiedzić najciekawsze miejsca na świecie, gdy kobieta brała go na służbowe wyjazdy. Właśnie na jednym z nich pokochał sztukę...
Jednak nigdy nie nazwał jej matką, a ona sama zdawała się tego nie oczekiwać...
Ponownie sięgnął po książeczkę i uśmiechnął się ciepło.
Wiedział, że jego ciotka ma swoje tajemnice.
Odłożył książeczkę na półkę...
Co i jemu pozwalało mieć swoje...
Zamknął drzwi szafki na klucz.
***
Tobi rozsiadł się na kanapie w przedziale pociągu. Wracał do domu na jakiś miesiąc w końcu po tym czasie czekają ich wielkie, wspólne, doroczne wakacje. Może w tym czasie pójdzie odwiedzić matkę w szpitalu? Tak, powinien...
Był jedynakiem wychowywanym przez swoją ciocię. Nie pamiętał czasów, gdy jego rodzicielka była zdrowa czy spędziła dzień poza szpitalnym łóżkiem. Jego matka leżała w klinice dla psychicznie chorych. Zaraz po porodzie wpadła w depresję poporodową, która przerodziła się w głębokie załamanie psychiczne.
Jeżeli chodzi o ojca, to nie znał go zostawił jego matkę gdy tylko zaszła w ciążę.
Pociąg ruszył, przyglądał się oddalającemu się obskurnemu Katowickiemu dworcu.
Tak, powinien odwiedzić matkę.
Czekała go przynajmniej półgodzinna podróż do Gliwic.
W milczeniu, jakby odruchowo, oddał bilet do kontroli.
Chyba powinien porozmawiać z Saiem... I zmusić go, żeby poszedł na odwyk...
Za nic nie chciał, żeby skończył jak jego matka...
I zrobi wszystko, żeby tak się nie stało...
Absolutnie wszystko.
***
Unnie kręciła się po pokoju szukając komórki.
Podskoczyła słysząc za swoimi plecami głos Kisame.
- Skarbie, masz gościa... mruknął niepewnie.
- Tak? ziewnęła, nie będąc tym zbyt zainteresowaną. A kto to? spytała biorąc do ręki kubek.
- On... Mówi, że jest twoim ojcem...
Poczuła, że jej palce drętwieją i jak kręci jej się w głowie.
Szkło z trzaskiem uderzyło w podłogę.
***
Orochimaru i Zetsu byli sierotami, obaj mieszkali w tym samym sierocińcu znali się prawie całe życie.
- Wyjeżdżasz? spytał spokojnie Zetsu.
- Tak... Najchętniej już bym tu nie wracał... mruknął jego rozmówca.
Obserwowali Sasuke, który pił jakieś tanie wino razem z resztą swojego gangu.
- Mówimy mu o tym...? spytał student biologii wskazując na Sasuke.
- A po co? usłyszał w odpowiedzi. I tak wszystko co robi Itachi na nic się nie zda... Bo jego nie zmienisz...
- No tak... mruknął po chwili. A ja jadę do Rospudy...
- Widzisz, a ja na koncerty... odpowiedział mu cichy chichot. Czyli nie tylko ty łamiesz tradycję!
Obaj w milczeniu przyglądali się Sasuke, gdy bić się z Nejim.
- No to, zapowiadają nam się ciekawe wakacje... mruknął Zetsu.
Jego towarzysz tylko mruknął.
- Masz rację, bracie... odpowiedział w końcu.
Rodzina... Każdy z nas ją ma.
Czy to rodziców, którzy kochają nas bezgranicznie, czy przybraną matkę, czy też ciotkę, która opiekowała się nami zamiast naszych rodzicieli. Lub takich, przed którymi uciekamy, chowamy się, licząc, że już nigdy ich nie ujrzymy jednak oni naraz mogą się pojawić niczym ojciec odwiedzający nas po latach. Czy skłóconych, z których jedno nas ochrania, a drugie nienawidzi za coś, czego nie jesteśmy winni.
A może to brat, który najchętniej by nas zabił? Czy może kochanek, który zawsze jest z nami... Czy przyjaciel, którego traktujemy jak brata...
Tak każdy z nas ma rodzinę,
I choćby nie wiem jak się starał nie jest w stanie się jej wyrzec bo w końcu ona do nas powróci...
I każda rodzina ma swoje sekrety...
Jak tajemnicze zdjęcie, które chowamy w szafie...















Devious Comments
Comments
oczekuje ciągu dalszego
--
* Die! Your death is the best way for all *
Please look here --> [link]
Viva lenistwo!
XD
OK., OK., już na poważnie... Uwielbiam ten rozdział, ale to już wiesz XP Zetsu jedzie do Rospudy!
--
"Character is what you are in the dark"
--
[link] Luna na LJ.
BalCon2009. Chorzów. Będę tam. Przez Gimladen i KateSpike. Wińcie je.
Dzięki za favy XD
--
[link] Luna na LJ.
BalCon2009. Chorzów. Będę tam. Przez Gimladen i KateSpike. Wińcie je.
Pozdrawiam!
------
Każdy podąża według niepowtarzalnego scenariusza wykreowanego przez Przeznaczenie, mamy jednak identyczne zakończenie - śmierć.
--
* Die! Your death is the best way for all *
Please look here --> [link]
--
[link] Luna na LJ.
BalCon2009. Chorzów. Będę tam. Przez Gimladen i KateSpike. Wińcie je.
--
* Die! Your death is the best way for all *
Please look here --> [link]
--
[link] Luna na LJ.
BalCon2009. Chorzów. Będę tam. Przez Gimladen i KateSpike. Wińcie je.
i takie przerażająco prawdziwe..i
--
Don't be stupid and don't watch my DEVIANT
You'll get blind
How much can you take --> [link]
Previous Page12345...Next Page